Wesele

24 lutego 2009

Wesele to kulminacyjny moment tego szczególnego dnia. Fotograf towarzyszy gościom przy zabawach, tańcach, weselnych rytuałach.  Zazwyczaj jego praca kończy się zaraz po oczepinach. Kluczem do udanych zdjęć, podobnie jak w czasie ceremonii, jest „współpraca” bohaterów dnia – Państwa Młodych i ich gości.

Ślub – ceremonia

24 lutego 2009

Najbardziej stresujący moment dnia. Jeśli mają po nim pozostać miłe wspomnienia, trzeba się najnormalniej w świecie „wyluzować” :) Dobrze (dla zdjęć) będzie, jeśli zarówno Państwo Młodzi, jak i ich goście zapamiętają sobie jedną, absolutnie podstawową prawdę – celem spotkania jest uczestnictwo we Mszy Świętej, której elementem jest ceremonia zaślubin. Celem nie jest pozowanie, nerwowe zerkanie na fotografa kiedy porusza się po kościele ani zaglądanie fotografowi przez ramię, kiedy zmienia akumulator w aparacie.  Im mniej goście będą zwracać uwagę na fotografa, tym lepsza będzie atmosfera zdjęć.

Ślub – błogosławieństwo

24 lutego 2009

To bardzo szczególny moment dnia. Po porannej bieganinie, makijażu, nerwowych poszukiwaniach skarpetek przez pana młodego, telefonów i przestępowania z nogi na nogę przez zniecierpliwionych członków rodziny, nadchodzi moment, kiedy wszystko już gotowe… I przychodzi pierwszy moment refleksji. Do wszystkich zaczyna docierać że w tym dniu nie chodzi o suknię, nie chodzi o krawat, czy to jakim samochodem pojadą do ślubu, lecz o coś znacznie ważniejszego.

Często bywa tak, że jedna ze stron rodziny nie jest szczególnie religijna i dla niej ten zwyczaj jest obcy – czują się więc źle, bo nie wiedzą jak się zachować, zastanawiają się – co powiedzieć? Moja rada? Bądź sobą! Powiedz to, co masz w sercu. To szczególny moment i każdy, największy nawet banał zostanie wybaczony i odebrany ze łzami w oczach.

Ślub – przygotowania

24 lutego 2009

Przygotowania do ślubu to okres szczególny. Także -szczególnie stresujący, zarówno dla samych bohaterów dnia, jak i ich rodzin. Ale po latach pamięta się lepiej to co dobre, przyjemne, mniej to co przykre. Fotografowanie przygotowań rozpoczynam najczęściej na wiele dni przed „tym dniem” – lubię towarzyszyć Pannie Młodej w pierwszych przymiarkach do makijażu, fryzury itd… Wtedy też mam możliwość zapoznania się z warunkami w jakich przyjdzie fotografować w dniu ślubu.  Zawsze więc proponuję wcześniejsze spotkania i „przymiarki”.

Magda – sesja „lato 2008″

24 lutego 2009

Łaską zbawieni

24 lutego 2009

Koncert Alef-Taw Project w kopalni Guido

24 lutego 2009

„Dobrze jest kiedy człowiek sprawia, że Bóg w nim śpiewa” Cadyk Elimelech z Leżajska

Koncert „Alef – Tew Project” przeniósł słuchaczy w czasie i przestrzeni. Dźwięki kojarzyły się nie tylko z krakowskich Kazimierzem, ale przenosiły na Bałkany, do Bułgarii i taborów cygańskich. Młodzi muzycy z pasją porywali słuchających i przez dwie godziny wypełniali wspaniałą muzyką Salę Bankietową umieszczoną na głębokości 320 m Zabytkowej Kopalni Guido.

Zespół liczy sobie pięć osób: Marcin Wyrostek, pomysłodawca i twórca zespołu, gra na akordeonie; – Piotr Adamczyk, skrzypce; Andrzej Martinson, klarnet oraz saksofon, Krzysztof Nowakowski, instrumenty perkusyjne i Piotr Zaufal, gitara basowa. Występ zespołu zapowiedziany został przez Dariusza Walerjańskiego, znanego zabrzańskiego historyka, obrońcę zabytków oraz badacza historii Żydów na Górnym Śląsku.

Muzyka klezmerska to najprościej rzecz ujmując – muzyka żydowska. Tworzyli ją w drugiej połowie XVIIIw. wędrowni muzycy początkowo nawiązując do muzyki religijnej, obrzędowej. Grana w czasie różnych obrządków religijnych, np. w czasie ślubów. Z czasem coraz bardziej czerpała z muzyki ludowej danego miejsca w którym znaleźli się muzycy. Po okresie Holocaustu – przeniesiona na grunt amerykański rozwijała się jeszcze bardziej, przenikając się między innymi z jazzem. Dziś muzyka klezmerska nie unika również wpływu folku, rocka, elektroniki, reggae czy hip hopu.

Właśnie to bogactwo i niejednolitość próbowali w czasie koncertu przekazać muzycy Alef Tew Project. Poprzez różnorodność dźwięków (oraz instrumentów) udowodnili, że muzyka klezmerska nie jest jednowymiarowa, lecz pełna zarazem szczęścia jak i nostalgii. Wyraża ona zarazem żydowską tęsknotę za Jerozolimą i radość życia. Czy zespołowi się to udało? Uważam, że tak – liczne brawa w czasie koncertu, którymi nagradzano również partie solowe muzyków oraz podwójne bisy były dowodem na to, że klezmerska muzyka na poziomie porwała i ujęła serca słuchaczy.

Paweł

24 lutego 2009

Portretowanie dzieci to w pewnym sensie niewdzięczna praca – dziecko prawie nigdy nie robi tego, co sobie wymyślimy – ma swoje pomysły a dodatkowa obecność sprzętu foto, lamp, tła, ekranów odbijających itd., powoduje dodatkowe zamieszanie. Przypomina to łapanie pcheł. Pośpiech, zamieszanie i próba uchwycenia tego co najlepsze.

Fotografowanie Pawła ma jeszcze jeden śmieszny aspekt – Paweł chce być fotografem, chce po każdym zdjęciu sprawdzić „jak wyszło”.

Przemyślenia o przyszłości i sensie edukacji…

27 stycznia 2008

Jestem świeżo po nausznej lekturze sir Teda Robinsona i jego wypowiedzi na temat edukacji.

Kilka tez utkwiło mi w pamięci i dało do myślenia… Chciałbym się nimi na szybko podzielić, zanim umkną przysypane popiołem codzienności…Poniższa wypowiedź to po części płytkie cytaty i odnośniki, po części własne przemyślenia. Myślę, iż sir Ted, w imię kreatywności wybaczy mi brak uniżonej, scholastycznej metodologii cytowania którą poświęcam na ołtarzu myśli.

Dzieci nie boją się nie mieć racji. Jeśli dziecko czegoś nie wie, lub nie rozumie, to i tak spróbuje podać odpowiedź, bo nie boi się porażki. Gotowość do pomyłki nie oznacza automatycznie kreatywności, ale bez gotowości do pomyłki nigdy nie dojdziemy do niczego prawdziwie oryginalnego. Aby stworzyć coś oryginalnego, musisz być przygotowanym na to, by być w błędzie, by nie mieć racji. Większość ludzi posiada tę zdolność jako dzieci i traci ją kiedy osiąga dorosłość. Nabiera strachu przed byciem w błędzie, boi się podać odpowiedź, by nie „narazić się na ośmieszenie”. Szkoły i dorośli w ogóle, stygmatyzują błędy – bycie w błędzie jest z założenia złe, niewłaściwe i jest oznaką słabości. Cały system edukacji stworzony jest tak, że pomyłka jest najgorszą rzeczą jaka Ci się może przytrafić. W efekcie edukujemy ludzi tak, by zatracili swą naturalną zdolność do kreatywnego myślenia na rzecz konformizmu.

Picasso powiedział kiedyś, że wszystkie dzieci rodzą się artystami – problem tylko w tym, by pozostały artystami kiedy dorosną. Problem w tym że we współczesnym systemie edukacji nie pobudzamy kreatywności młodych ludzi, lecz uczymy ich, w pewnym sensie, jak „wyrosnąć” z kreatywności.

Każdy system edukacji na świecie ma pewną hierarchiczną strukturę. Na szczycie znajdziemy matematykę i języki (głównie język narodowy wraz z całym bagażem literatury). Przedmioty „artystyczne” stoją dużo niżej i są raczej lekceważone (patrz: muzyka i plastyka w polskich szkołach). Żaden z systemów edukacyjnych nie uczy dzieci np. tańca na takim poziomie zaangażowania jak matematyki czy historii literatury. Dlaczego?

Matematyka jest oczywiście ważna, ale czy dla dziecka, które jest żywe i pragnie ruchu, taniec nie jest równie ważny? Taniec to ruch, a ruch to ożywianie ciała – czyż nie jesteśmy bardziej „w swoim ciele”, niż „jesteśmy stworzeni do analizy matematycznej”? Dlaczego nasz system edukacji odszedł tak daleko od naturalnej hierarchii potrzeb?

Gdyby spojrzeć oczami kosmity, wolnego od bagażu emocjonalnego związanego z odbytym procesem edukacyjnym,można by przysiąc że celem każdej placówki publicznej edukacji na świecie, jest tworzenie profesorów uniwersyteckich.

Robinson sugeruje, iż taki układ wynika z momentu w jakim rozwinęły się współczesne systemy scholastyczne – u zarania epoki industrializacji. Stworzono system, gdzie zawody / stanowiska, te naprawdę interesujące, znajdowały się na szczycie piramidy społecznej. A szczyt ten był wypełniony absolwentami i profesorami ekskluzywnych wyższych uczelni. Tak więc w całym procesie edukacji, wszelkie poboczne elementy (jak chociażby nauczanie sztuk, plastyka, muzyka i taniec) zostały zepchnięte na margines i nauczono młodych ludzi by nie traktowali ich poważnie, gdyż nie prowadziły w prostej linii na szczyt społecznej piramidy. „Po co zajmować się plastyką, przecież i tak nie będziesz malarzem!” – czy nie słyszeliśmy tego choć raz w dzieciństwie? A pamiętacie „Stowarzyszenie umarłych poetów”? „Nigdy nie dostaniesz dobrej pracy, dlatego że jesteś dobry z plastyki czy tańca”. Co więcej, cały system edukacji został ustawiony tak, by być „wstępem do kariery akademickiej” (co gorsza, osoby decydujące o rozwoju edukacji same tkwią w tym zaklętym kręgu myślenia o celach edukacji).

Tak więc doszło do absurdu. Olbrzymia część społeczeństwa, posiadająca rozliczne talenty, utrzymywana była przez cały okres swojego rozwoju w przekonaniu, że są tych talentów pozbawieni.

Zgodnie z danymi UNESCO, w ciągu następnych 30 lat, wyższe uczelnie ukończy więcej ludzi niż przez CAŁA ZNANĄ HISTORIĘ CYWILIZACJI. I czyż nie jest już dziś widoczne (zwłaszcza w Polsce!) to, że posiadanie dyplomu wyższej uczelni nic już nie oznacza?

Kiedyś ukończenie wyższej uczelni oznaczało automatycznie uzyskanie dobrej pracy. Dziś młodzi absolwenci wracają do domu na garnuszek rodziców, bo stanowiska które kiedyś wymagały mgr, dziś wymagają MBA itd… Absolwent polskiej szkoły średniej, jest – z założenia – niezatrudnialny – oferuje mu się prace poniżej możliwości intelektualnych i niezgodne z ich predyspozycjami zawodowymi.
Kulą u nogi w pewnym sensie jest postrzeganie inteligencji w bardzo wąski, matematyczno-fizyczny sposób. A przecież postrzegamy świat na bardzo różne sposoby – wizualny, ruchowy, dźwiękowy, mamy zapachy i inne bodźce… Dlaczego upieramy się by mierzyć tylko IQ wynikające z analizy matematycznej a nie mierzymy zdolności postrzegania przestrzennego tak potrzebnego w normalnym, codziennym życiu? Co więcej, inteligencja nie jest zaszufladkowana w naszym mózgu – to nie tak,że każdy typ inteligencji ma swój obszar poza który nie wykracza i nie ma żadnej łączności między różnymi typami inteligencji.

Robinson stawia sprawę jeszcze mocniej – kreatywność to umiejętność wykorzystania doświadczeń zdobytych jednym typem inteligencji w obszarach objętych innym typem inteligencji.

Problem z edukacją (nie tylko polską jak się okazuje) polega na tym, że narzędzia które wręczono nauczycielom nie przystają do złożoności procesów jakie zachodzą w głowach młodych ludzi. Robinson podaje przykład Jullen Lynn. Kiedy była mała, dostępne pedagogom i psychologom narzędzia zakwalifikowały ją do grona „uczniów z trudnościami w nauce”, czy wręcz (używając terminologii współczesnej), do grona dzieci z ADHD. Okazało się, że ona nie ma ADHD – po prostu jej żywiołem jest ruch i taniec a nie nudne lekcje literatury i matematyki. Matka więc, zamiast ukarać córkę za niesubordynację, co pewnie niejeden z pedagogów sugerował, wysłała ją do szkoły baletowej. Jullen Lynn, kiedy dorosła, założyła własną firmę, została znaną choreografką, spotkała Andrew Lloyd-Webbera i to jej zawdzięczamy jedno z najbardziej znanych dzieł wpółczesnej muzyki rozrywkowej – musical Cats („Koty”). A więc tylko dzięki mądrej decyzji matki, nie została zaszufladkowana jako „osoba nieprzystosowana społecznie” i miała szansę na dalszy rozwój, osiągnęła sukces i zarobiła miliony dolarów.

Tak więc system edukacji który dziś znamy, powstał w ściśle określonym środowisku historycznym, odpowiadając ściśle określonym oczekiwaniom systemu w którym powstawał. System ten przestaje dziś spełniać swoją rolę (od kilkunastu lat powtarza się jak mantrę, że kończy się era industrializacji i rozpoczyna era postindustrialna… i co z tego? Czy któryś ze światłych polskich profesorów wygrzewających stołki na wydziałach nauk społecznych wie co się z tym wiąże? Proponuję poczytać Lema, panowie!). Aby odnieść sukces, nie trzeba przejść wszystkich stopni klasycznej edukacji. Co przerażające, przejście wszystkich stopni edukacji może nam co najwyżej zagwarantować rozstrój nerwowy i drastyczny spadek samooceny a nie pracę i karierę.
Dziewiętnastowieczny industrializm zakładał kapitalistyczną walkę według zasady „win-loose” (kłaniają się teorie ekonomiczne Adama Smitha!), zaś elementem tego równania nie była ekologia i dobro ogółu.

To wszystko uległo zmianie wraz z rewolucją społeczną i wzrostem świadomości ekologicznej i społecznej. To czym teraz powinna zająć się edukacja i całe społeczeństwa to przedefiniowanie samych siebie i jasne określenie celów do których zmierzamy. Od dawna powtarzam, że problem z polską edukacją polega na tym, że „produktem” szkoły ma być absolwent, ale na dobrą sprawę szkoła (nauczyciele) nie wie kto jest „zleceniodawcą” produkcji, ani też nikt nie dostarcza im „specyfikacji technicznych” jakie spełnić ma gotowy „produkt”. Wszystko rozmywa się w nieostrych pojęciach „społeczeństwa”, „dobra”, „sprawiedliwości społecznej” i temu podobnych. Powiedzmy sobie wprost i nie bójmy się tego głośno powtarzać: społeczeństwo nie ma koncepcji co do swojego rozwoju i wizji obywatela przyszłości.

A przecież (co mocno podkreśla Robinson), nawet najtęższe umysły tego świata nie wiedzą, ponad wszelką wątpliwość, jaki będzie świat za 7 czy 10 lat, a od edukacji (nie tylko polskiej) wymaga się, by „przygotowała do całego życia”. Skoro nie wiemy jaki będzie świat za 10 lat, tym bardziej nie wiemy jaki będzie za 50 czy 60 lat, a przecież nasi absolwenci po opuszczeniu murów szkoły, mają szansę przeżyć następne 50 czy 60 lat a wraz z rozwojem medycyny może jeszcze więcej? Czego więc mamy ich uczyć? jak przygotowywać?

Robinson używa bardzo mocnego argumentu.

Gdyby z Ziemi zniknęły owady, w ciągu 50 lat zamarłoby wszelkie życie na Ziemi…
Gdyby z Ziemi zniknął człowiek, w ciągu 50 lat Ziemia by się oczyściła i odżyła…

To daje do myślenia. Jeśli ludzkość ma przetrwać, należy uczyć młodych ludzi nie kapitalistycznej zasady „win-loose”, lecz zasady „win-win” – gdzie w każdej sytuacji nie ma wygranych/przegranych lecz przy odpowiednim poświęceniu się obu stron, obie strony wygrywają. Należy wykorzystać kreatywny potencjał młodego pokolenia, do ratowania na Ziemi tego, co jeszcze da się uratować, odwrócić procesy które da się jeszcze odwrócić.

Aby zobrazować powagę sytuacji, odwołam się na koniec do innej wypowiedzi zasłyszanej w materiałach z konferencji TED (www.ted.com) – w tej chwili nasze oceany są niczym gigantyczne toalety, których nie sposób spłukać – w oceanach pływają plastikowe opakowania i inne odpady których ilość trzykrotnie przekracza ilość planktonu który jest niezbędny dla zachowania balansu ekologicznego oceanów… To daje do myślenia…

Myślę,że szkoła powinna uczyć jak być szczęśliwym człowiekiem. Aby być szczęśliwym, trzeba sobie „radzić w życiu i radzić z życiem”. A więc powrót do filozofii i myśli „poznaj samego siebie”. Dlaczego w polskich szkołach uczy się automatyzmu? Dlaczego niszczy się kreatywność i tłamsi indywidualność młodej osoby? Czy którykolwiek nauczyciel ma prawo przypisać sobie jakiekolwiek zasługi w związku z rozwojem kariery swoich absolwentów? Skoro przez lata szkoły wmawiali swoim uczniom że nie osiągną szczęścia kopiąc piłkę na podwórku, czy mają prawo puszyć się przed kamerami i opowiadać jak to w dzieciństwie uczyli znanego piłkarza matematyki czy fizyki? Nie oszukujmy się – ludzie zazwyczaj osiągają szczęście i zadowolenie z życia nie z powodu procesu edukacji ale pomimo niego.

Pytając więc o sens edukacji i cele jakie powinna sobie postawić, sparafrazuję tezy zawarte w „Powrocie z gwiazd” Lema…
Edukacja powinna rozpocząć się od wyćwiczenia umiejętności tworzenia i utrzymania poprawnych, pokojowych relacji międzyludzkich, umiejętności rozwiązywania konfliktów i pracy w grupie. Nauka konkretnych przedmiotów powinna przyjść dalece później i to nie bezmyślnie według rozdzielnika programu nauczania, lecz zgodnie z odkrytymi w trakcie edukacji predyspozycjami. Postindustrialna rzeczywistość, gdzie profit, rozwój i kariera oderwane są od produkcji i transportu, wymusza inne od dotychczasowego podejście do procesu edukacyjnego. Już dziś, specjaliści od szkoleń biznesowych wskazują, iż w biznesie ważniejsza od znajomości matematyki jest inteligencja emocjonalna i umiejętność tworzenia relacji międzyludzkich. Dlaczego więc w procesie kilkunastu lat edukacji niszczymy te umiejętności, czynimy z ludzi emocjonalne i komunikacyjne kaleki, by potem zmusić ich do płacenia koszmarnych pieniędzy za szkolenia, które na powrót mają w nich odkryć dziecko zdolne do rozmowy z drugim człowiekiem, bez sztucznie budowanych barier w komunikacji? Czyż nie brzmi to absurdalnie? Musimy się na nowo uczyć tego, co było w nas na początku, zanim zostaliśmy „wyedukowani”, musimy nauczyć się rozmawiać z ludźmi i ich rozumieć?… W tym więc sensie, edukacja czyni więcej zła niż dobra.

1. nie uczy potrzebnych w życiu rzeczy

2. nie uczy jak żyć

3. nie uczy jak żyć z innymi

4. zabija w nas kreatywność i samodzielność w imię konformizmu i uległości względem „społeczeństwa” (czymkolwiek ono jest)

Nie wiem jak was, ale mnie to przeraża.